Między naturą a dźwiękiem
Rozmowa z Joanną Rowicką-Łuczak

Joanna Rowicka-Łuczak
Mgr muzykologii (UW) i dyplomowa trenerka dobrostanu (SWPS). Od 15 lat działa w branży muzycznej i zajmuje się wpływem dźwięku na ciało oraz edukacją muzyczną. Łączy profesjonalne podejście do dobrostanu uwzględniając w nim rolę muzyki. W szczególności zwraca uwagę na przebodźcowanie i stres.
Choć muzyka towarzyszy człowiekowi od tysięcy lat, dopiero współczesne badania coraz wyraźniej pokazują, jak silnie może wpływać na nasze emocje, poziom stresu i funkcjonowanie układu nerwowego.
O tym, czym różni się relaksacja dźwiękowa od zwykłego słuchania muzyki, jak dźwięk wspiera dobrostan oraz dlaczego natura i dźwięk są ze sobą nierozerwalnie związane, rozmawiamy z Joanną Rowicką-Łuczak, muzykolożką, trenerką dobrostanu i założycielką Jo!space.
Zarezerwuj miejsce na Kongresie 3-5 września 2026 roku
Agnieszka Czubak: Czym dla Ciebie jest „przestrzeń dźwięku”? Jak zaczęła się Twoja droga do pracy z relaksacją i dobrostanem przez dźwięk?
Joanna Rowicka-Łuczak: Moje życie zawsze było przestrzenią dźwięków. Zanim jeszcze sama nauczyłam się ją tworzyć, tworzyła ją za mnie przyroda. Pomimo, że jestem od urodzenia Warszawianką, mnóstwo swojego dzieciństwa spędziłam na Mazurach wśród lasów, łąk i jezior. Dziś myślę, że mentalnie byłam trochę dzieckiem natury – zakochana, wsłuchana i pełna szacunku do tego, co widziałam i słyszałam. Ponieważ pochodzę z muzycznej rodziny (mój dziadek był znanym ówcześnie na cały świat dyrygentem – Witold Rowicki), przestrzeń dźwiękowa otulała mnie od zawsze. Po maturze moja relacja z przyrodą była dalej tak silna, że marzyłam studiować biologię lub chemię. Wybrałam biologię. Los tak chciał, że studiów z biologii nie ukończyłam, a moje zamiłowanie do muzyki zastukało do serducha mocniej niż kiedykolwiek. I tak zaczęłam studiować muzykologię, którą ukończyłam na Uniwersytecie Warszawskim. Już w trakcie studiów podjęłam pracę w Filharmonii Narodowej (w której pracowałam przez prawie 10 lat), potem rozwijałam Pracownię Edukacji, Psychologii i Zdrowia w Narodowym Instytucie Muzyki i Tańca (ówcześnie IMiT), aż wraz z moimi muzycznymi pasjami dotarłam do Domu Kultury KADR. Pracowałam na etacie, w swojej branży łącznie około 15 lat i zdobyłam ogrom doświadczenia zarówno edukując, tworząc programy i koncerty, układając projekty na skalę ogólnopolską, pomagając artystom-muzykom odnaleźć się w trudnej rzeczywistości na rynku.
Przyszło ogromne wypalenie zawodowe i frustracja wywołana przez trudy związane z pracą w branży oraz w instytucjach publicznych. Walcząc o projekty, muzyków i samą edukację muzyczną dosłownie straciłam zdrowie. Lata powrotu do siebie poświęciłam na połączenie mojej wiedzy biologicznej z muzyczną. Czerpałam z natury pogłębiając wiedzę i zrozumienie dźwięku. I tak odkrywałam na nowo: neurobiologię czy techniki oddechowe, sama wciąż w najtrudniejszych momentach wracając intuicyjnie do natury i muzyki.
Odeszłam z etatu i przez prawie dwa lata przygotowywałam się do otwarcia firmy – przestrzeni, w której będzie można odetchnąć, złapać kontakt ze sobą i pomóc sobie muzyką i dźwiękiem odpowiednio się zrelaksować. Coraz bardziej zgłębiałam tajniki dźwiękoterapii, szkoliłam się, uczyłam. Sama bardzo potrzebowałam odpocząć, ukoić skołatane nerwy po tylu latach przepracowania i wypalenia. Ukończyłam Akademię Trenerów na SWPS ze specjalizacją trenerki dobrostanu i wtedy połączyły mi się wszystkie kropki – muzykologia, biologia i psychologia w totalną fascynującą jedność. Powstała wreszcie moja przestrzeń – Joanny – Jo!space, ale również przestrzeń, w której poprzez relaksację dźwiękiem i umiejętności wykorzystania całej zdobytej wiedzy mogę pomagać innym, uczyć patrzenia na świat z łagodnością i otwartością. Jo!space stała się także moim wsparciem dla siebie, jeszcze głębszym zrozumieniem świata i tego jak odbieramy go zarówno fizjologicznie, emocjonalnie, intelektualnie, ale i duchowo. Chciałabym, żeby to, co robię wpływało na moje klientki/klientów tak, by z pełną uważnością i świadomością, z pomocą dźwięków mogli doznać spokoju, odprężenia, ale i przeżyć procesy, które zaprowadzą ich w ciekawe miejsca.
Jesteś muzykologiem i trenerką dobrostanu, kiedy po raz pierwszy zobaczyłaś, że dźwięk może realnie wspierać regulację stresu i emocji? Jak to łączy się z Twoją wiedzą, którą zdobyłaś na studiach na Uniwersytecie Warszawskim?
To, że dźwięk wspiera nas w regulacji stresu i emocji poczułam intuicyjnie już jak byłam bardzo młoda (miałam pewnie z 10/12 lat). Muzyka była dla mnie ostoją i wsparciem w procesach, które przechodziłam jako dziecko, a potem nastolatka. Na studiach muzykologicznych odkryłam skąd pochodzą zaszyte w niej tak ogromne pokłady mocy i jak działa na nas w tak przeróżnych obszarach. Nauczyłam się to nazywać, klasyfikować, rozumieć z różnych punktów i w różnych aspektach. Już wtedy miałam jeden z przedmiotów – psychologię muzyki – który tylko coraz bardziej utwierdzał moją wcześniejszą jedynie intuicję i poszerzał wiedzę, otwierał nowe szlaki. Przez wiele lat pogłębiałam wiedzę o wpływie muzyki na nas, nasze ciało, emocje i psychikę – śledząc badania, realizując projekty, zbierając dane i weryfikując z rzeczywistością oraz wyciągając wnioski z własnych doświadczeń. Mam wrażenie, że specjalizacja trenerki dobrostanu stała się wisienką na torcie tych działań. Poszerzenie wiedzy z psychologii i zweryfikowanie tego z wiedzą z muzykologii i biologii domyka pewną klamrę w mojej głowie. Oczywiście, to nie znaczy, że nie uczę się cały czas, wręcz przeciwnie – neurobiologia, neuropsychologia i wpływ dźwięku na nas są w przeciągu ostatnich 30 lat bardzo intensywnie badane i pojawiają się coraz to bardziej fascynujące wnioski. Jakże miałabym nie chcieć być w tym świecie na bieżąco? Ale domknięcie tematu w mojej głowie oznaczało totalny spokój i utwierdzenie się w tym, że dźwięk realnie wspiera i reguluje nasze emocje, wpływa na obniżenie lub podniesienie poziomu stresu i jest to fascynujące zagadnienie. Gdyby nie moja dogłębna wiedza na temat muzyki, jej historii, znaczenia, rodzajów, wpływu, oddziaływań itp. mój świat dźwięku byłby uboższy i nie aż tak znaczący, jak jest dziś. Gdyby nie muzykologia, dziś nie umiałabym tak skutecznie tworzyć przestrzeni dźwiękowej, w której ludzie mogą poczuć siebie. Bez tej wiedzy nie byłabym w stanie wytłumaczyć na tylu poziomach, dlaczego warto zatrzymać się przy dźwiękach na dłużej niż tylko jakiś ulubiony utwór w słuchawkach, który przeleci nam w trakcie jazdy do pracy. Mam poczucie, że gdyby nie szerokie pojęcie o tym czym są muzyka i dźwięk oraz jak na nas realnie wpływają, nie umiałabym skutecznie wykorzystywać jej do działań wspierających.
Wiele osób słyszy określenie „muzykoterapia”, „relaksacja”, ale nie do końca wie, co one oznaczą. Jak Ty rozumiesz muzykoterapię i relaksację? Czym różni się świadoma praca z dźwiękiem od zwykłego słuchania relaksacyjnej muzyki?
Przede wszystkim „terapia” ma w swoim znaczeniu proces przywrócenia do zdrowia z pomocą określonych narzędzi. Psychoterapia leczy nasz umysł, psychikę według różnych nurtów i dodatkowych narzędzi wsparcia. Muzykoterapia leczy za pomocą określonych dźwięków. Nie tylko nie są one przypadkowe, ale są one układane w różnych świadome i przebadane struktury – tak by zadziałały. Muzykoterapeuta kończy 5-letnie studia kliniczne(!) i uczy się pełnej metodologii działań dostosowanych do konkretnych schorzeń lub spectrum. Dźwiękami ułożonymi w odpowiedni sposób brzmieniowo, wysokościowo, częstotliwościowo, ilościowo, jakościowo, rozłożonymi w odpowiednim czasie, strukturze i dopasowanymi indywidualnie do danej osoby i jej problemu. Za pomocą dźwięku można terapeutycznie uruchomić procesy mowy, które zostały wstrzymane, można socjalizować, uczyć komunikacji, rozpoznawania w ciele napięć czy stanu zagrożenia, uczyć wyciszania i wiele innych. Muzykoterapia powinna być terminem zarezerwowanym dla specjalistów, którzy poświęcają się leczeniu klinicznemu. Niestety nasz system nie zakłada jeszcze uznania muzykoterapeuty jako zawodu chronionego prawnie i nie chroni nas przed osobami, które używają tego sformułowania w sposób powierzchowny tłumacząc, że „leczą dźwiękiem” na podstawie krótkich kursów lub nawet bez nich, „bo muzyka dobrze wpływa”. Trzeba mieć pełną świadomość tego, że źle dobraną muzyką i dźwiękiem można poważnie zaszkodzić organizmowi oraz naszym emocjom. Totalnie rozregulować ciało na poziomie fizycznym jak i psychicznym. Używanie narzędzia dźwięku w formie terapii powinniśmy zostawić specjalistom, którzy naprawdę wiedzą co i jak robią.
Relaksacja jest natomiast w moim odczuciu słowem mocno w dzisiejszych czasach nadwyrężanym. W teorii zrelaksować możemy się przy wszystkim co nas relaksuje – także jeśli chodzi o muzykę. Wystarczy, że pójdziemy na koncert zespołu, który kochamy, posłuchamy instrumentu, który nas koi, usiądziemy na balkonie i posłuchamy szumu drzew – i mamy relaks :). I nie chcę twierdzić, że jest to złe lub mniej wartościowe. Jest bardzo wartościowe, zwłaszcza kiedy robimy to świadomie, uważnie i na co dzień. Tak rozumiany relaks powinien być elementem naszej rutyny. Jeśli wiemy, co nas relaksuje i wdrażamy to małymi krokami w naszą codzienność, to na pewno da nam to ogromne wsparcie.
Dźwiękowa relaksacja może natomiast wpłynąć na nas w szerszym zakresie. Może być po prostu miłym odczuciem, odprężeniem, zaproszeniem do odpłynięcia w sen przy akompaniamencie przyjemnych i kojących nas dźwięków. Notabene nauka ma odpowiedzi na pytania, które dźwięki bardziej nas relaksują oraz które instrumenty wpływają na nas bardziej kojąco, nie jest to jednak złoty standard, obowiązujący wszystkich nas i o tym też trzeba pamiętać.
Pomiędzy stricte terapią dźwiękową a relaksacją, jest w moim odczuciu jeszcze jedna forma pracy z dźwiękiem, czyli relaksacja z elementami terapeutycznymi. Przechodzi ona na zupełnie innym poziom doświadczenia. Używamy wtedy bardzo świadomie konkretnych instrumentów, które wiemy, że wpływają na naszą fizyczność i na wyciszenie naszego mózgu i układamy ich dźwięki w konkretne struktury. To osoba, a nie instrumenty dba wtedy o to, by z jednej strony nas odprężyć i głęboko ukoić nasz układ nerwowy, a z drugiej strony nie wejść za głęboko w procesy emocjonalne. To praca na pograniczu wyciszenia, ukojenia i hasła „było mi błogo”, a „poczułam coś w ciele”, „coś mnie zaniepokoiło” lub wręcz niepożądanego (przy relaksacji) „bałam/bałem się”. Piszę o granicy, którą łatwo przekroczyć nawet, kiedy jest się specjalistą, gdyż przychodząc na relaksację, możemy być w różnych stanach emocjonalnych, na różnych etapach życia i nie zawsze ta zakładana „relaksacja” i dźwięki, które na większość działają odprężająco, wpłyną na nas tak samo. Dźwięk tak nie działa. Dźwięk działa naprawdę na wielu płaszczyznach i póki nie jest to praca indywidualna a grupowa, opieramy się na pewnych ogólnych założeniach, które nie do każdego dotrą w takim sam sposób. Niemniej, jeśli poprowadzi się taką relaksację w prawidłowy brzmieniowo sposób, z odpowiednim doborem tonacji instrumentów, ich współbrzmień i konsonansów oraz wprowadzeniem w odpowiednim momentach delikatnych dysonansów – relaks może nastąpić na bardzo głębokim poziomie. Samodzielne słuchanie muzyki relaksacyjnej jest pomocne na co dzień i będzie nas koić. Ale świadoma praca z dźwiękiem w celu osiągnięcia głębokiego relaksu to jest pewien rodzaj sztuki balansu, wyczucia i oparcia się na wiedzy.
To co jest najbardziej fenomenalne w odpowiednio dobranej sesji relaksacyjnej, to fakt, że dźwięk zadziała na nas wielopoziomowo. Podczas relaksacyjnej sesji dźwiękowej z instrumentami terapeutycznymi, dźwięk rozchodzi się falą akustyczną do uszu, ale również poprzez wibracje, jeśli instrumenty są kładzione na ciele. Nie ma na to dowodów naukowych, ale z doświadczenia w pracy z moimi klientkami/klientami wiem, że dźwięki tego typu często „wypychają” natłok myśli z głowy, porządkują je, wyciszają, niektórych usypiają lub wprowadzają w nieświadomy stan bycia na granicy jawy i snu (Non-Sleep Deep Rest). Głowa powoli zaczyna odpoczywać, dźwięk poprzez wibrację bezpośrednią, za sprawą fizycznego kontaktu instrumentu z ciałem, delikatnie przepływa przez struktury w ciele i porusza płyny, które mikro-drganiami wpływają na organy. Dlatego też czasem używamy sformułowania „masaż dźwiękowy”, co traktować należy bardziej obrazowo, bo masaż sam w sobie jest wyjątkowo delikatny, czasem niezauważalny, a czasem – jeśli nie jesteśmy odpowiednio nawodnieni lub jesteśmy mocno spięci – fala może po prostu nie mieć warunków, by drgać w naszym ciele.
Jeśli wiemy, jak używać dźwięku, może być on bardzo skutecznym narzędziem wyciszenia.
I oczywiście źle dobrany dźwięk, albo cała grupa dźwięków może nas także mocno przebodźcować.
Najwięcej ciekawych badań ukazuje się obecnie w związku z działaniem dźwięku na układ nerwowy – jego wyciszenie, uziemienie i stabilizację, ale badań na ten temat jest jeszcze za mało i są na zbyt małych grupach badawczych, żeby to naukowo ostatecznie potwierdzić. Z doświadczenia wielu specjalistów-praktyków ludzie wychodzą po takich dobrze poprowadzonych sesjach przyjemnie ociężali lub naładowani energią, czują się lżej, są uspokojeni mogą poczuć się bardziej „zintegrowani/poukładani” w środku. To, co wiemy z badań nad samym dźwiękiem, to że relaksujące dźwięki obniżą nam ciśnienie, spowolnią tętno, uspokoją serce i przy dobrej relaksacji dadzą nam głębszy stan odprężenia nawet niż parogodzinny sen (mam na myśli kwestię odpoczynku mózgu, nie regenerację ciała, która zachodzi podczas 6-8 godzinnego snu). To, jak głęboko dźwięk wpływa na nas fizycznie pozostawia jeszcze wiele tajemnic, ale patrząc na to, jak reagują osoby, które poddają się tego typu sesjom – działania dźwiękoterapeutyczne są obiecujące.
Podczas sesji korzystasz m.in. z mis terapeutycznych, gongów i innych instrumentów. Czy różne dźwięki „pracują” inaczej z emocjami i napięciem? Masz swoje ulubione instrumenty lub brzmienia?
Oczywiście, że tak 🙂 I wynika to z ich historii, kultury i społecznej użyteczności od tysięcy lat. Badacze zajmowali się dźwiękiem i muzyką już od Starożytności. Nie wiem, czy wiesz, ale muzyka przeszła daleką drogę w hierarchii nauk. Początkowo była wynoszona na piedestał na równi z naukami najwyższymi jak matematyka i fizyka, potem zrzucono ją do poziomu „to tylko sztuka”, aby znów wróciła do sfer nauk tym razem bardziej medycznych. Po drodze była używana w celach komunikacyjnych, bitewnych, duchowych, rozrywkowych, edukacyjnych, artystycznych, ale również jako narzędzie medycyny, jak i manipulacji. I w tych wszystkich przestrzeniach nie dość, że pełniła swoje odmienne funkcje, to również przekazywała różne znaczenie. Inaczej odbierane były dźwięki niskich i dudniących instrumentów, niosące przekaz groźby, lęku, strachu i mocy, inaczej odbieralne były dźwięki wysokie, anielskie, lekkie i wprawiające w dobry nastrój.
I tak jest do dziś – różne dźwięki mają na nas różny wpływ i w różnym momencie inaczej na nie reagujemy. Zawsze powtarzam – spróbuj wyłączyć dźwięk oglądając thriller 🙂 albo podłóż pod niego dźwięki wesołe 🙂
Tak samo jest z instrumentami terapeutycznymi. Są one strojone do odpowiednich częstotliwości (niższych lub wyższych) i do odpowiednich tonacji – by składając je w odpowiednią całość wywołać u jednych ulgę, u innych spokój, a u innych niepokój. Praca z napięciami w ciele oraz napięciami psychicznymi poprzez dźwięk jest bardzo delikatna i prócz wiedzy, należy kierować się ogromnym wyczuciem, zrobić wywiad z klientką/klientem określić oczekiwania – co ma nam dać/przynieść dźwięk, a następnie zweryfikować założenia podczas pracy z rzeczywistością danej osoby. Można wtedy pracować bardziej nad fizycznymi aspektami – próbować np. wyciszać układ nerwowy, pracować z bezsennością lub z aspektami bardziej procesowymi i przez umiejętne wprowadzanie lekkich dysonansów pomiędzy konsonansami próbować wydobywać te emocje, które utknęły pomiędzy ciszą, a słowem.
A co lubię ja? Osobiście kocham brzmienia niskie, głębokie, z szerokim spektrum alikwotów i dudnień, ale to też nie znaczy, że zawsze ich potrzebuję, a innych nie lubię 🙂 A moim ukochanym instrumentem jest saksofon barytonowy 🙂
Niektórzy są sceptyczni wobec takich doświadczeń, co powiedziałabyś osobie, która myśli: „to chyba nie dla mnie” albo „nie umiem się relaksować”?
Przy dobrze prowadzonym dźwięku – nic nie musisz. Nie musisz znać się na muzyce ani jej rozumieć. Po prostu bądź – dźwięk zrobi swoje. Natomiast jeśli Twoje obawy mają konkretne podłoże – jesteś wysoko wrażliwa/wrażliwy na dźwięk, różne dźwięki mocno Cię irytują, boisz się, że „to coś z Tobą zrobi” – warto zawsze najpierw, zanim się zdecydujesz na udział w sesji, porozmawiać z prowadzącą/prowadzącym. Ja zawsze chętnie odpowiem na każde pytanie. Jeśli czegoś nie wiem lub nie mogę Ci czegoś zagwarantować – też się o tym dowiesz. Jeśli uznam, że taka relaksacja może nie być dla Ciebie w tym momencie odpowiednia lub wcale nie będzie dobrym wyborem – tego też się ode mnie dowiesz. Tak że jeśli „to nie dla Ciebie”, to powiedz mi, dlaczego masz takie przekonanie i spróbujemy je wspólnie zweryfikować 🙂
Na naszym kongresie „Zaopiekowani w Stresie – Natura Jako Źródło Zdrowia Psychicznego” poprowadzisz warsztat „Relaksacyjna sesja dźwiękowa – w obłokach dźwięków”. Czego mogą spodziewać się uczestnicy? Jak będzie wyglądać to doświadczenie?
Przede wszystkim chciałabym, żeby uczestnicy mogli się zregenerować, wypuścić choć część napięć i stresów, na czas warsztatu odpuścić, dzięki uważności na swoje ciało dotrzeć do siebie, poczuć to, jak dźwięki na nich działają. Ale uważam też, że najgorsze co robimy sobie sami, to stawiamy konkretne oczekiwania. Im więcej oczekujemy, że będzie „jakoś” albo że „musimy się zrelaksować”, tym mniej te oczekiwania później znajdują odzwierciedlenie w rzeczywistości. Tak że powiem chyba przewrotnie – nie oczekujcie, to najlepsza droga 🙂
Doświadczenie sesji dźwiękowej, może wyglądać u każdego inaczej. I nie piszę tego, żeby nie ujawniać efektów sesji. Po prostu, ile osób, tyle emocji, odczuć, nastrojów, potrzeb, oczekiwań i nie ma jednego doświadczenia. Jakby tak było – osobiście byłoby mi smutno, przewidywalnie i nie podchodziłabym do każdej sesji z taką pokorą z jaką podchodzę zawsze. To, co mogę obiecać – to, że dam z siebie wszystko i że będę starała się otulić Cię dźwiękami tak, jak umiem najlepiej 🙂
Tematem kongresu jest natura jako źródło zdrowia psychicznego. Czy widzisz połączenie między naturą a dźwiękiem? Czy dźwięk może być formą powrotu do wewnętrznej równowagi podobnie jak kontakt z przyrodą?
Chyba trochę odpowiedziałam już na to pytanie w poprzednich pytaniach, ale może podsumuję – dźwięk wywodzi się z natury. Natura wydaje dźwięki mniej lub bardziej strukturalne, intencjonalne, zorganizowane. Ba nawet ptaki śpiewają, a słowiki jako jedyne ptaki komponują swoje melodie zbierając różne ich fragmenty od przedstawicieli innych gatunków.
Pierwszym instrumentem dźwiękowym jakiego użył człowiek był jego głos. Do dziś przy narodzinach wyczekujemy tego pierwszego krzyku. Jeśli się tylko wsłuchasz, dźwięczy cały świat – każde drzewo, każdy owad, zwierzaki gadają między sobą. Fale dźwiękowe możesz też przecież zobaczyć na wodzie, usłyszeć podczas burzy. Dźwięk to ruch. Ruch to życie. Życie to natura. A natura to też my 🙂 To nie jest połączenie – to jest nierozerwalne złączenie :), w synergii, czasem w harmonii, czasem w dysharmonii, ale złączenie. Kontakt z przyrodą jest naszym ratunkiem dla wewnętrznego spokoju. Ale musimy też zrozumieć, że jesteśmy jej częścią, a nie jej zarządcą. Wtedy przyroda da nam to, czego potrzebujemy. A że w obecnych czasach wewnętrzna równowaga, spokój, ukojenie jest „towarem deficytowym” pozostaje nam uznać, że przyroda może nas ratować, jeśli zrobimy dla niej to samo.
Dla mnie dźwięk jest niezaprzeczalnie jednym z elementów przyrody, jednym z elementów, które potrafi na nas głęboko wpłynąć i przy uważności na te procesy pomóc nam w odnalezieniu wewnętrznej równowagi.
Jak najlepiej przygotować się do Twojej sesji podczas kongresu 3–5 września 2026? Czy trzeba mieć jakieś doświadczenie albo szczególne nastawienie?
Nie trzeba mieć doświadczenia ani w relaksowaniu się, ani w muzyce, ani w słuchaniu 🙂 Wystarczy przyjść otwartą/otwartym na nowe doświadczenie. Jeśli ktoś jest sceptyczny, również zapraszam do spróbowania i doświadczenia, bo taką formę relaksacji ciężko jest opisać słowami, trzeba to poczuć.
To co może być ważne dla uczestników – najlepiej przyjść w wygodnym, nie uwierającym stroju, bez biżuterii, metalowych pasków i guzików czy suwaków w ubraniach. Natomiast jeśli nie będzie to możliwe – jakoś sobie poradzimy 🙂 Dobrze wcześniej się nawodnić, gdyż ciało odbiera wtedy lepiej wibracje.
Bezwzględnym przeciwskazaniem do udziału w sesji jest: epilepsja i schizofrenia. Natomiast jest ktoś ma rozrusznik serca lub jest w pierwszym trymestrze ciąży, należy zgłosić to przed sesją.
Gdyby uczestnicy po warsztacie mogli zabrać ze sobą jedną ważną rzecz lub odkrycie do codziennego życia, co chciałabyś, żeby to było?
Muzyka i dźwięk mają różne funkcje. Mogę ich używać do świadomego wpływania na mój stan.
Kongres „Zaopiekowani w stresie – natura jako źródło zdrowia psychicznego” to 3-dniowe wydarzenie poświęcone zdrowiu psychicznemu, regulacji stresu oraz naukowo potwierdzonej roli natury w procesach regeneracji i profilaktyki. Łączy perspektywę naukową, psychologię i psychoterapię z praktyką Shinrin Yoku, doświadczeniem ciszy, medytacji, oraz muzyką relaksacyjną na żywo.
Wydarzenie odbędzie się 3 września w Warszawie, a 4–5 września w Ośrodku Cisza (www.osrodekcisza.org). Kongres tworzy przestrzeń zarówno do zdobywania rzetelnej wiedzy, jak i do głębokiego, osobistego doświadczenia kontaktu z naturą.
Projekt „Zaopiekowani w stresie – natura jako źródło zdrowia psychicznego” został sfinansowany ze środków Narodowego Instytutu Wolności – Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach rządowego programu fundusz inicjatyw obywatelskich NOWEFIO na lata 2021-2030.
Projekt jest realizowany przez Fundację Instytut Psychologii Stresu.
Zachęcamy do przeczytania artykułów na temat projektu, które ukazały się na łamach magazynu psychologicznego Charaktery.

